Nieśmiertelniki sierżanta Stefana Kosobudzkiego

Odwiedzin
Dodano: 30 grudnia, 2020
Autor: Jacek Barszcz

Drzwi

Te drzwi były starannie zakamuflowane. Spostrzegłem je z wysokości schodów urzędu miasta Pelplin, gdzie rozmawiałem z burmistrzem o historii Pomorza, a zwłaszcza o eksterminacji księży, nauczycieli, inteligencji, rolników i chorych ze szpitala psychiatrycznego w Kocborowie w Lesie Szpęgawskim, rozciągającym się pod niedalekim od Pelplina Starogardem.

Te drzwi były nietypowo osadzone w skromnym budynku na oko z połowy XIX wieku, stojącym po drugiej stronie ulicy. Nietypowo osadzone, bo w ściętym narożniku. Kto tak osadza drzwi?! Kto miał ich nie dostrzegać, a kto przez przeszklone w nich kasetony miał patrzeć na fragmenty dwóch ulic? Może to był dom jakiegoś czarnoksiężnika, a może dom uciech, pod wysokim urzędem miasteczka skryty jak pod przysłowiową latarnią.

Pelpliński antykwariat

Zaskoczył mnie rzadki dziś napis „Antykwariat”. Wszedłem do środka i od razu odżyły wspomnienia toruńskich antykwariatów z lat siedemdziesiątych, w których masowo kupowaliśmy na metry lub pojedynczo serie literatury polskiej i światowej, encyklopedie, słowniki, a nawet reprinty znakomitych dzieł. Z literatów rządzili wówczas pisarze iberoamerykańscy. Pelpliński antykwariat wypchany był co prawda przedmiotami różnorodnego użytku, ale przede wszystkim pachniał jak tamte sfatygowanym przez czas i miętolenie wielu palców papierem. Wśród stłoczonych staroci na szczęście nie widać było całego tego holenderskiego chłamu, dominującego w dzisiejszych antykwariatach – podrabianych starych mebli, kopii a’la Rembrandt i miśnieńskiej porcelany.

Pelpliński antykwariat okazał się autentykiem, tak samo jak jego właściciel, co się ujawniło się po kilku dość dłużących się minutach milczenia. Ja do przesady powoli oglądałem przedmioty, a on udawał, że nie dostrzegł mojego wejścia. Siedział w kącie z półmrokiem za plecami, za potężnym biurkiem i swobodnie rozparty w obrotowym fotelu leniwie klikał myszką. Przeglądał, jak mi później powiedział, internetowe strony z aukcjami staroci.

Ważny jest początek

Zawodowcy wiedzą, jak ważny jest początek. Kto pierwszy się odezwie, ten stracił już tempo. Odwrotnie niż w szachach.
Czy ma pan może jakieś stare zdjęcia? – nie wytrzymałem.
Antykwariusz z udawanym roztargnieniem oderwał wzrok od monitora, strzepnął papieros w starej okrągłej popielnicy z rączką jak ubijak na blaszanym deklu, ogarnął mnie przez moment prędkim spojrzeniem i prychnął: – Też bym chciał!
Ale mnie nie chodzi o zdjęcia Pelplina. O Starogard.
Ooo, to inna sprawa.

Obrócił fotel w stronę głębokiego kąta za biurkiem, pochylił się, poszperał i podniósł stojącą w półmroku aktówkę, położył obok komputera i niespiesznymi ruchami, zapewne żeby wprowadzić element tajemniczości i spotęgować moją ciekawość, zaczął ją otwierać.

Po chwili na biurku leżało rozsypane dossier szwoleżera rokitniańskiego ze Starogardu sierżanta Kosobuckiego. Czegoż tam nie było! Legitymacje, zdjęcia, dokumenty cywilne i wojskowe, nawet świadectwa ze szkoły powszechnej z Brus! Papierowe nieśmiertelniki – pomyślałem zaskoczony.

Czy mogę zrobić kilka zdjęć z tych zdjęć i zdjęcia dokumentów? Mam internetowy portal regionalny, umieszczę, może ktoś się zgłosi. Rodzina, historycy, muzealnicy, inni zainteresowani.
Specjalnie nie musiałem tłumaczyć zalet zamieszczenia kopii w internecie. Antykwariusz był zdecydowanie za.

Dokumenty sierżanta Kosobudzkiego

Wyjąłem aparat i zrobiłem zdjęcia kilku fotografii i dokumentów. Nie wszystkiego, gdyż do tego pomieszczenia, jak to w porządnym antykwariacie, nie docierało światło naturalne, a żarówki w starych żyrandolach i kinkietach dawały mdły i żółty kolor. Kroplówka lampy jarzeniowej za plecami antykwariusza już w ogóle nie wchodziła w grę jako źródło oświetlenia fotografii.

I tak oto potraktowano w ogóle nam nieznanego, a przecież naszego żołnierza, szwoleżera rokitniańskiego ze Starogardu sierżanta Kosobuckiego – myślałem pstrykając zdjęcia. – Zamknięto go w aktówce w tym tym mrocznym, zatłoczonym pomieszczeniu właściwie poza wszystkimi możliwymi czasami: przeszłym, teraźniejszym oraz przyszłym. Smutne, żałosne, wstydliwe, haniebne. Powiększając już wykonane zdjęcia na podglądzie aparatu w duchu zakrzyknąłem: Baczność, Żołnierzu Kosobucki!

Widocznie los przywiódł mnie tutaj po to, żeby wyciągnąć Ciebie z tej smutnej celi na światło dzienne i postawić w szereg choćby w zbiorowej pamięci! Ujawnię Twoje dossier i na pewno ktoś się Tobą zainteresuje, jeśli nie z rodziny z Brus, to może członkowie z towarzystwa starogardzkich szwoleżerów albo nasze muzeum regionalne, gdzie powinieneś publicznie zaistnieć choćby w przeszklonej gablocie! Baczność Żołnierzu! …Spocznij.

W Starogardzie zgrałem zdjęcia do komputera, zadzwoniłem do dyrektora muzeum regionalnego i podekscytowany powiadomiłem go o sensacyjnym odnalezieniu sierżanta.
… Pojedziecie do tego antykwariusza i kupicie ten zbiór? – zapytałem na końcu.
Muzeum nie ma na takie zakupy pieniędzy. A ile on (Kosobucki) kosztuje?
Ba.
To może zadzwoń ty. To są zawodowcy. Od nas, placówek muzealnych, z reguły chcą znacznie więcej niż od hobbystów kolekcjonerów.

Negocjacje

Zadzwoniłem. No bo fakt, bije się w pierś, nie zapytałem o pieniądze. Jakoś podczas fotografowania zdjęć nie pomyślałem o tle finansowym. Ale teraz przez telefon śmiało zapytałem antykwariusza: – Ile chce pan za te zdjęcia i dokumenty? Ktoś, nie mogę na razie powiedzieć, kto, jest zainteresowany ich zakupem.
Antykwariusz zaczął kluczyć.
Hmm, ile… Nie wiem… Właściwie to one nie są do sprzedaży. Zbierałem je całe życie. Może sprzedam na Jarmarku Dominikańskim.
Koniec rozmowy.
Alarm! Jarmark Dominikański za kilka dni. Wielka giełda, zjazd kolekcjonerów w Gdańsku. Wszystko tam kupują. Rozdrapią dossier żołnierza Kosobuckiego razem z aktówką.
Zadzwoniłem do burmistrza i zapytałem, czy zna właściciela antykwariatu mieszczącego się w budynku naprzeciwko urzędu. Burmistrz znał i zgodził się poprosić antykwariusza, żeby nie brał dokumentów żołnierza Kosobuckiego na jarmark.
28 lipca 2016 roku wrzuciłem zrobione w antykwariacie zdjęcia do swojego portalu oraz na stronę Facebooka. Pierwszy napisał na Fb w komentarzach współpracujący nieraz ze mną Mariusz Kurowski, człowiek wybitny i o ogromnej wiedzy. Wypowiedzi z Fb zapiszę jako dialog.

Mariusz Kurowski: – Sierżant Stefan Kosobudzki (przez „dz” nie „c”, na odwrocie zdjęcia jest „8 pani Kosobudzka”) poległ 19.09.1939 roku w Śladowie (Śladów) pod Wyszogrodem. Pochowany na Żoliborzu na Powązkach w 1-KW (kwatera wojskowa). Mój domysł jest taki, że utopił się podczas przeprawy przez Wisłę w Śladowie.
Odpisałem: – Przyjąłem pisownię „Kosobucki” (przez „c”, nie „dz”), ponieważ tak napisano na „Świadectwie zwolnienia” ze szkoły w Brusach, ale fakt, później w niektórych dokumentach i opisach zdjęć pojawia się „Kosobudzki”.
Wstukałem w wyszukiwarkę Google „Stefan Kosobudzki”, wyskoczyła strona http://mazowsze.hist.pl/…/Rocznik…/384/2000/12557/. Tekst Tadeusza Swata pt. „Mord nad Wisłą pod Śladowem (19.09.2039) – hitlerowska zemsta za Grunwald”. Historia wstrząsająca, straszna, może mało znana. W wielkim skrócie działo się tam tak:

Mord nad Wisłą

W Śladowie nad Wisłą (b. powiat sochaczewski) w 1410 r. stanął słynny „most na statkach zbudowany”, po którym polscy rycerze pod wodzą króla Władysława Jagiełły przeprawili się do Czerwińska, żeby stąd ruszyć pod Grunwald. Zaskoczyli tym kompletnie Wielkiego Mistrza. Dwa miesiące przed wybuchem II wojny światowej w tym samym miejscu w ramach obchodów Dni Morza odbyła się manifestacja pod hasłem „Nie damy odepchnąć się od Bałtyku”. Rankiem 19 września Niemcy rozbili w tych okolicach resztki Armii Pomorze. Nasi żołnierze dzielnie się bronili, mając za sobą wał przeciwpowodziowy, a za nim już tylko Wisłę. Być może broniliby się dłużej, ale atakujący pognali przed sobą kolumnę zgarniętych z okolic cywilów jako żywe tarcze i spoza nich rozpoczęli ostrzał. Tak samo zrobili kilka dni wcześniej pod Borzęcinem. I wtedy, i teraz pod Śladowem obrońcy złożyli broń. Do Wehrmachtu dołączyli esesmani.

Po ściągnięciu ciężko rannych żołnierzy polskich, których znaleźli w mieszkaniach w Śladowie, ustawiono wszystkich – rannych, cywili – żywe tarcze i żołnierzy – w dwuszeregu nad rzeką plecami do wody. Miejsce, w którym stanął pierwszy dwuszereg, wybrano z perfidną dokładnością. Wskazali je zamieszkali koło Śladowa niemieccy koloniści. To właśnie tu odbyła się patriotyczna manifestacja podczas czerwcowych Dni Morza. Na wale ustawiono karabin maszynowy i rozpoczęła się masakra. Była to, jak pisze Tadeusz Swat, „Teutońska zemsta nad Wisłą, wendeta po 529 latach”. Pochłonęła 358 ofiar. Zginęło 252 wziętych do niewoli żołnierzy i 106 mieszkańców Śladowa, okolicznych wsi i przybywających tu uciekinierów. Z masakry cudem ocalało czterech ludzi: nieznany z nazwiska żołnierz, Stanisław Klejkowski, Alfred Kitliński i Tomasz Ferster.

W spisie zamordowanych żołnierzy pod pozycją nr 14 odnotowano: Kosobudzki Stefan, sierżant.
Napisałem do Mariusza Kurowskiego o tym tekście i że jest tam wymieniony Kosobudzki.

To on

Mariusz Kurowski: – To ten sam, którego ja znalazłem. Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent można stwierdzić, że ten ze zdjęć. Grób numer 16 na Powązkach. W dniach 19-22 września 2 Pułk Szwoleżerów Rokitniańskich przedzierał się przez Puszczę Kampinoską w kierunku Warszawy.

Po dokładnej analizie jednego ze zdjęć Mariusz jeszcze uzupełnił:
– … Na zdjęciu jest też ksiądz Ignacy Stryszyk (ten młodszy po lewej). Jako kapelan dostał się do niewoli w czasie kampanii wrześniowej, zwolniony z oflagu w październiku i po powrocie do Starogardu osadzony w więzieniu. Uniknął rozstrzelania w Lesie Szpęgawskim tylko dlatego, że był jeńcem wojennym. „Następnie zaprowadzono nas do dwóch autobusów i przewieziono do willi Marczaka przy ulicy Gimnazjalnej, gdzie mieścił się Selbstschutz.

Tam poznał mnie jeden z policjantów i zwrócił się do przywódcy morderców, Fasta, mówiąc mu, że jestem jeńcem wojennym i że nie wolno mnie rozstrzelać. Fast odpowiedział, że tutaj tylko on wydaje rozkazy. Powstała kłótnia, w czasie której kazano mi to wyjść z autobusu, to znów wejść z powrotem. W końcu zaprowadzono mnie do gmachu Selbstschutzu, gdzie był jakiś oficer, który powiedział: ‚No, człowieku, miałeś szczęście’. Autobusy odjechały, a mnie odprowadzono z powrotem do więzienia. Od klucznika Reszke dowiedziałem się, że te dwa autobusy, które wywiozły duchownych, wróciły i przywiozły trzewiki, płaszcze i ubrania księży. Tylko ja sam ocalałem spośród wszystkich konfratrów. Następnie wywieziono mnie do Stutthofu, później do Oranienburga i do Dachau. Stamtąd, zakutego w kajdany, przewieziono mnie do gestapo w Gdańsku.”

… To zdjęcie, które ma opis na odwrocie – drążył dalej Mariusz Kurowski – zostało opisane po wojnie. Czy zrobiła to żona sierżanta Kosobudzkiego? Tak. Dlaczego tak sądzę? Major Niemiec-Niemczyński to major Emil Niemiec, który dopiero w 1947 roku zmienił nazwisko na Niemczyński. Można się także domyślać, że zdjęcie powstało pomiędzy 1937 a 1939 rokiem, kiedy to major rozpoczął dowodzenie Starogardzkim Batalionem Obrony Narodowej. „Emil Niemiec (ur. 2 sierpnia 1895 w Stryju, zm. 26 stycznia 1989 w Grudziądzu) – major piechoty Wojska Polskiego…”
“To zdjęcie, które ma opis na odwrocie, zostało opisane po wojnie. Czy zrobiła to żona sierżanta Kosobudzkiego? Tak” – bardzo cenna uwaga Mariusza.

Kim jest Jerzy Kosobudzki

Czyli to zdjęcie oraz inne, jakie zdobyłem w antykwariacie, znajdowało się w 1947 roku w domu żony sierżanta Kosobuckiego, Ludwiki.
Gdy pisałem do swojego regionalnego portalu i na swoją stronę Fb pierwszą część o szwoleżerze rokitniańskim Stefanie Kosobudzkim (pisanym również przez „c”), przeczucie natrętnie mi podpowiadało, że niejaki Jerzy Kosobucki, bohater mojego reportażu z 1996 roku pod tytułem „Komu komunalne” („Gazeta Kociewska” nr 1 str. 7 – o historii domów poszwoleżerskich w Starogardzie), ma coś wspólnego z naszym Sierżantem.

Jednak po lekturze reportażu (dawno go pisałem i musiałem sobie przypomnieć) zwątpiłem. Otóż Jerzy Kosobucki urodził się w 1945 roku, a Stefan Kosobudzki w 1939. Dałbym sobie spokój z drążeniem tematu, gdy nie jedno zaskakujące zdanie, jakie Pan Jerzy rzuca w tym reportażu z 1996 roku. Mówi, że jako dziecko mieszkał w domu z najpiękniejszą werandą w Starogardzie, stojącym przy ulicy Sikorskiego naprzeciwko budynku, gdzie mieściło się UB (Urząd Bezpieczeństwa) i MO (Milicja Obywatelska). W domu z ekskluzywnymi lokalami mieszkalnymi. Dlaczego właśnie tam?
Intrygujące! Może tu, w tym zdaniu, kryje się jakiś punkt zaczepienia dotyczący historii sierżanta Stefana Kosobudzkiego zamordowanego przez Niemców pod Śladowem?

Zdobyłem adres Jerzego Kosobuckiego.
Rano podjechałem pod dom, o którym mówił w reportażu, wykonałem zdjęcie werandy (śliczna, mało kto o niej wie, stoi od podwórza), a następnie pod wskazany adres na osiedle „domów nauczycielskich” koło “Polpharmy”.


– Czy ma pan coś wspólnego z Ludwiką i Stefanem Kosobudzkimi – Kosobuckimi? – rzekłem na powitanie.
Zapadła cisza. Cisza ze zdumienia, jego i mojego, bo już wiedziałem. Przeczucie mnie nie zawiodło.

A skąd pan o tym wie?!

– A skąd pan o tym wie?! – rzucił wreszcie Jerzy Kosobucki.
I podczas kawy wysłuchiwał zaszokowany mojej opowieści o zdjęciach i dokumentach, jakie udostępnił mi do skopiowania antykwariusz z Pelplina. Gdy skończyłem, wyciągnął te, które sam posiada.
– Tak, oczywiście, Ludwika i Stefan Kosobudzcy, częściej pisali się Kosobuccy, mieszkali w domu z tą werandą, w 4-pokojowym pięknie wyposażonym mieszkaniu na pierwszym piętrze – mówił. – Ludwika to moja mama, a szwoleżer Stefan Kosobudzki to w pewnym sensie mój tata
– Co pan mówi, panie Jurku?!
I tu historia robi się niesamowita!
Teraz z kolei ja zdumiony przeglądałem te inne zdjęcia i ważne dokumenty. Na jednym ze zdjęć Kosobudzcy wyszli wyjątkowo piękni. Co tam wyszli, po prostu byli piękni i inaczej wyjść nie mogli…

– Tak, oczywiście, Ludwika i Stefan Kosobudzccy, częściej pisali się Kosobuccy, mieszkali w domu z tą werandą, w 4-pokojowym, pięknie wyposażonym mieszkaniu na pierwszym piętrze – mówił. – Ludwika to moja mama, a szwoleżer Stefan Kosobudzki to w pewnym sensie mój tata… – Co pan mówi, panie Jurku?!I tu historia robi się niesamowita! Teraz z kolei ja zdumiony przeglądałem te inne zdjęcia i ważne dokumenty. Na jednym ze nich Kosobudzcy wyszli wyjątkowo piękni. Co tam wyszli, po prostu byli piękni i inaczej wyjść nie mogli. – Żołnierz 2 Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich podoficer Stanisław Kosobudzki był magazynierem oraz prowadził szkolenia strzelnicze.

Odkrywamy historię

Jako magazynier trzymał się z podpułkownikiem Niemcem – Niemczyńskim, we wrześniu 1939 roku dowódcą obrony Starogardu – opowiadał Jerzy Kosobucki. – To od niego po wojnie otrzymaliśmy informację, że sierżant Kosobudzki spoczywa w lasach koło Warszawy. Stanisław mierzył metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Wyróżnia się wzrostem na zdjęciu ze szkoły podoficerskiej w Grudziądzu. Zawarł związek małżeński z Ludwiką w 1937 roku. Tu pan Jurek podsunął mi dokument – zgoda przełożonych na małżeństwo.

Nie było sobie tak, że szwoleżer żenił się z byle kim. Młodzi Kosobudzcy otrzymali mieszkanie w wyżej wspomnianej kamienicy z najpiękniejszą w mieście werandą, stojącej naprzeciwko budynku, w którym po wojnie mieściła się Milicja Obywatelska i w latach dziewięćdziesiątych Policja. Mieli cztery pokoje, łazienkę, kuchnię i tę werandę. Do tego piękne, stylowe, dębowe meble, których po wielu latach nikt nie chciał kupić, ponieważ nastała moda na meblościanki i czeczot. – Trzymali się z kilkoma rodzinami. Pamiętam, mówiła mi mama, byli Masław, Szyjkow, wachmistrzowie. Był też Niemczyk, Niemczyński, wówczas Niemiec (nazwisko zmienił po wojnie).

Oni wszyscy świetnie się znali, spotykali się, bawili. Ci wachmistrzowie są wymienieni w książce o szwoleżerach, Stefana Kosobudzkiego niestety pominięto. Spotykało się towarzystwo na wysokim poziomie, a wśród nich moja mama – super jako mama i kobieta.– A skąd się wziął pan jako Kosobucki? Przecież przyszedł pan na świat w 1945 roku! Żartując – jakieś przesunięcia w czasie?– W 1939 roku Stanisław poszedł na wojnę i już nie wrócił. Nie zdążyli mieć dzieci… Skąd się wziąłem jako syn Ludwiki Kosobuckiej? Moja mama, Ludwika Kosobucka, miała w Czersku siostrę, Stanisławę Gradowską. W rodzinie Gradowskich posypało dziećmi, urodziłem się również ja. Stanisława dogadała się ze swoją siostrą Ludwiką, żeby wzięła mnie na wychowanie.

Tak więc Stanisława Gradowska jest moją mamą biologiczną, a Ludwika przybraną. Było nawet poświadczenie z sądu, że jestem synem Ludwiki Kosobuckiej… Moja mama w czasie okupacji – ciągnął Jerzy Kosobucki – musiała przyjąć „angedojcz” i podjęła pracę w sklepie tytoniowym przy Wilhelmstrasse – Chojnickiej. Znakomicie mówiła po niemiecku i umiała prowadzić buchalterię. Właściciel sklepu był z niej bardzo zadowolony. Po pewnym czasie zabrano go na front wschodni. Kiedy wrócił, zaproponował mamie wyjazd do Niemiec… Nie, nie chodziło o jakąś miłość z jego strony. Miał żonę, jednak niezbyt nadającą się do pracy w handlu.– I po wojnie mieszkaliście w tym domu z piękną werandą. A dawno temu, w 1996 roku, rozmawiałem z panem w skromnym mieszkanku w jednym z poszwoleżerskich domów przy ulicy Jagiełły…– … W tamtym domu z piękną werandą długo nie mieszkaliśmy.

UB czepiało się, no bo jak to może być, że żona przedwojennego żołnierza mieszka w służbowym mieszkaniu, tym bardziej, że to był teraz dom z mieszkaniami dla pracowników UB? Mogli ją wyrzucić na ulicę. Ale mama zadzwoniła do Niemczyńskiego do Warszawy, wówczas wysoko postawionego w UB i na pewien czas nas zostawili. Miała sobie spokojnie poszukać zastępcze mieszkanie. Dokwaterowali jej dwóch lokatorów, pracowników UB.– Przed wojną mieszkali tam szwoleżerowie, po wojnie pracownicy UB. Szkoda, że pan był wtedy niemowlakiem i nic pan nie pamięta. – Nie do końca.

Mam czasami w pamięci takie dziecięce obrazy. Ci ubowcy często jeździli motorami w Bory Tucholskie na nocne wypady na Łupaszkę. Mieli psa, owczarka niemieckiego. Raz ten owczarek wskoczył na łóżko i zaczął targać nakrycie. Dostał ledry od babci, mamy mojej mamy, Marty Butkowskiej. Pamiętam, że gdy ubowcy wracali rano po tych nocnych eskapadach, byli zabłoceni, a czasami zakrwawieni. Jeden z nich, Beno, w latach pięćdziesiątych poszedł do cywila i za zasługi dla PRL-u otrzymał domek pod Oliwą.

Kiedy miałem 14 lat, Beno przyjechał w odwiedziny. To on, gdy mieszkał u nas, proponował mamie małżeństwo. Odmówiła. Nie miała zamiaru wychodzić za mąż. Zresztą wtedy nie była jeszcze pewna, czy jej mąż nie żyje. Dowiedziała się o tym dopiero 20 marca 1947 roku. Przyszło zawiadomienie z Warszawy. Moja mama nie wyszła za mąż do końca życia. W ogóle w tym domu i w okolicznych mieszkało UB. Mieszkał z żoną szef UB Kurek, bezdzietne małżeństwo. Dość często zabierali mnie do siebie do mieszkania na łakocie. Pewnego dnia przepadli. Z góry przyjechali coś kontrolować i któryś z kontrolerów rozpoznał Kurka jako współpracownika gestapo. Zginął prawdopodobnie w kopalni.

Śmierć sierżanta

Przeglądam zdjęcia i dokumenty, jakie Jerzy Kosobucki położył na stole. Śliczne zdjęcie ślubne, portretowe z tekstem na odwrotce, zdjęcie ze szpitala, zgoda na ślub, legitymacja, zaświadczenie o śmierci Kosobuckiego (tu już przez “c”), podpisane przez Niemczyńskiego: „Jako były Dowódca Starogardzkiego Batalionu Obrony Narodowej, woj. gdańskie, zaświadczam, że sierż. Kosobucki Stefan był szefem I-szej kompanii starogardzkiego Batalionu Obrony Narodowej i wraz z tym batalionem brał czynny udział w wojnie polsko-niemieckiej od dnia 1. września 1939 r. do dnia 18. września 1939 r.

Ostatnio sierż. Kosobucki Stefan był przeze mnie widziany w rejonie wsi Witkowice nad Bzurą, pow. Sochaczew i tam najprawdopodobniej poległ. Według oświadczenia jednego z Dowódców Dywizjonów Artylerii, który brał udział w walkach w tym rejonie nad rzeką Bzurą, widział on zabitego sierżanta z odznakami Obrony Narodowej, którego nazwiska nie sprawdzał, jednak z opisu zgadzał się całkowicie z wyglądem sierż. Kosobuckiego. Ponieważ wszelkie poszukiwania za sierż. Kosobuckim Stefanem na terenie kraju i zagranicą do dnia dzisiejszego nie dały żadnych rezultatów, przyjąć należy, że sierż. Kosobucki poległ w walkach nad rzeką Bzura.

”Jerzy Kosobucki: – Moja mama, Ludwika Kosobucka, długie lata była kadrową w Młynach. Musiała zrezygnować z tego stanowiska, gdy z rekomendacji PZPR-u pojawiła się pani Gergelowa, skądinąd całkiem porządna kobieta. Mamę przeniesiono na stanowisko w żłobku i przedszkolu przy Młynie. Zmarła w 1979 roku, w roku zimy stulecia.– To teraz mamy opowieść o żonie szwoleżera.

Jak zdjęcia trafiły do antykwariatu?

A skąd mogły pochodzić te dokumenty w antykwariacie w Pelplinie? – Nie mam pojęcia. Sam jestem ciekaw! Nic jakby się nie zmieniło. Antykwariusz swobodnie siedział w obrotowym fotelu i jak pół roku temu przeglądał aukcyjne strony internetowe ze starociami.– I sprzedał pan te zdjęcia?– Nie sprzedałem… – Nie był zaskoczony moją wizytą. – Coś jeszcze panu pokażę.

Położył na biurku następne zdjęcia z Kosobudzkim. Mało tego. Położył też portfel z fotografią w wycięciu, a na niej chyba Ludwika i Stanisław. No i piękny srebrny sygnet z orłem. – Tego pan mi wcześniej nie pokazywał. Zrobię zdjęcia. Antykwariusz nie wstając wyciągnął bagnet, nadział nań sygnet i podłożył białą kartkę, lepsze tło.– Czy panu też mogę zrobić zdjęcie? Może ktoś się wreszcie zainteresuje…. Skąd pan to ma?– Te wszystkie zdjęcia i przedmioty kupiłem na targu w Skórczu.– A ile pan za to chce?Antykwariusz wzruszył ramionami.

Pokazał zdjęcie wielkości znaczka pocztowego na monitorze laptopa.– Ludzie myślą, że to takie niby nic, że to kosztuje nędzne dwieście, trzysta złotych.Taka sprytnie określona nieokreślona odpowiedź i cena. – Moim zdaniem – napisał na czacie Mariusz Kurowski – albo jakiś małolat znalazł na strychu, albo ktoś znalazł przy remoncie.

Dowiedz się od Jerzego Kosobuckiego ze Starogardu, co on o tym myśli. Czy wcześniej te zdjęcia i przedmioty widział. Jest jeszcze jedna opcja. Ktoś wziął to wszystko od rannego albo po zabitym z myślą, że odda rodzinie, ale przez lata tego nie zrobił i ktoś je opchnął „znalazcy”. Osoba nie do znalezienia, bo myślę, że antykwariusz i tak kupił to od jeszcze jakiegoś „pośrednika”.

Cena = litr wódki

Cena = litr wódki. Inaczej zachowałby sygnet. On jest najcenniejszy, cenniejszy niż zdjęcia. A zdjęcia uwiarygadniają sygnet… Jak dużo objętościowo jest tych zdjęć? Tyle, ile w portfelu? Mógł to wszystko mieć przy sobie na wojnie?– Nie. Nie zmieściłyby się.– Jeśli jest tak, jak piszesz, to takie rzeczy zostawia się w domu. Albo żona w czasie przeprowadzki gubi dokumenty. A może miejsce ostatniego zamieszkania przed wojną?– Panie Jurku. Nowe przedmioty! Czy wie pan coś o sygnecie i portfelu ze zdjęciem?– Pierwsze słyszę!– A może były gdzieś w schowku w tych starych meblach? Może znalazł ten, kto je kupił.– Niemożliwe.– Dlaczego?– Nikt nie chciał kupić i je porąbałem.Już w domu na swoim komputerze przyglądam się zdjęciu w wycięciu portfela – przecież to nie są Kosobudzcy (Kosobuccy)!

Jeśli nie oni, to i sygnet pewnie też nie naszego sierżanta. Antykwariusz połączył zbiory kilku osób. Być może po mojej pisaninie w internecie miał sporo zapytań o Kosobuckich i innych żołnierzy zaginionych w tamtych czasach, i zrobił żołnierski miks. Nie dowiedzieliśmy się, w jaki sposób antykwariusz wszedł w posiadanie tych zdjęć i dokumentów. Możliwe, że zaginęły przy przeprowadzce po 1947 roku. Przecież Ludwika Kosobudzka (Kosobudzka) miała je po wojnie, bo jak zauważył Mariusz, napisała na jednych z nich „Niemczyński”, a nie „Niemiec” do 1947 roku.

Może zginęły podczas przeprowadzki z tego ekskluzywnego mieszkania do skomunalizowanych malutkich mieszkań przy ul. Jagiełły i Piłsudskiego, zajmowanych przed wojną przez zwykłych szwoleżerów?

Nie ma antykwariatu, nie ma drzwi

W listopadzie tego roku pojechałem do Pelplina z myślą, że może po tych kilku latach antykwariusz jednak czegoś się dowiedział. Chciałem też zrobić zdjęcie intrygujących nietypowo osadzonych w ściętym narożniku domu drzwi. Nieczęsto się spotyka takie wejście. Wysiałem z auta na parkingu blisko urzędu i zaskoczenie. Nie ma antykwariatu, nie ma drzwi w narożniku, nie ma antykwariusza zawodowca.

tekst i zdjęcia: Tadeusz Majewski

REKLAMA