Prawdziwa Legenda

Odwiedzin
Dodano: 27 marca, 2021
Autor: Jacek Barszcz

Jan i Franciszek Gussmannowie

Jan i Franciszek Gussmannowie pochodzili z Leśnej Jani, gmina Smętowo Graniczne, z rodziny chłopskiej. Jan urodził się w 1894 roku, Franciszek… W dzieciństwie wypasali gęsi, potem bydło. Chodzili do szkoły powszechnej. Od dziecka byli bardzo pogodni. Nieco później okazało się, że obaj mają niesamowite zdolności kupieckie, szerzej nawet – biznesowe. Już jako młodzieńcy handlowali końmi, a potem zajęli się eksportem żywca do Berlina. Podobno mieli takie wejścia, że maszyniści zatrzymywali pociągi w szczerym polu i czekali aż bracia załadują świniaki.

Przeprowadzka do Starogardu

Po przeprowadzce do Starogardu zajęli się handlem skórami.Franciszek zaopatrywał II Pułk Szwoleżerów Rokitniańskich, dzięki czemu znakomicie mu się powodziło, a Jan otworzył sklep z artykułami szewskimi i skórami, od lat 90-tych sklep obuwniczy przy ulicy Chojnickiej. Handlował z Wolnym Miastem Gdańsk. Swoje magazyny miał na parceli przy ulicy Lubichowskiej, gdzie później mieściła się fabryka bombek, a jeszcze później magazyn „Polfy”, dziś „Polpharmy”. Towar do Wolnego Miasta Gdańsk woził samochodami. Jan nie należał do chytrusów, handlowych łupieżców. Wręcz przeciwnie. Dawał ceny przystępne, na każdą kieszeń. Dzięki temu skupiał coraz więcej klientów i wytrzebił konkurencję, pognębił nawet Żydów, mistrzów handlu. Posiadanie własnej hurtowni to był wielki atut. Zaopatrywał nie tylko Starogardzie, ale i sklepy w innych miasteczkach i większych miejscowościach gminnych.

Duży handel to duże ryzyko

Jan kilkukrotnie znalazł się na krawędzi bankructwa. Pewnego razu zainwestował wszystko w skóry licząc na duży zysk, ale w tym właśnie czasie Polska zawarła z Argentyną kontrakt na wielką dostawę skór. Innym razem podobny pech spotkał go w Wolnym Mieście Gdańsk. Sprzedał skóry za guldeny, po kilku dniach pojechał po zapłatę i okazało się, że wartość guldena tragicznie spadła. Parcelę ze ślicznym domem przy ulicy Lubichowskiej kupił prawdopodobnie po 1920 roku od jakiegoś Żyda, który wyprowadził się do Niemiec. Dom, uważany za jeden z najładniejszych w mieście, wynajął na biura Policji. Zamieszkał w domu przy ulicy Chojnickiej, ze sklepem z obuwiem na parterze. Posiadał również kamienicę przy ulicy Hallera, w czasach PRL-u popularną „ósemkę”. Przekazał ją córce.

Franciszek Gussmann

Podczas gdy Jan Gussmann inwestował w nieruchomości, jego brat Franciszek obracał kapitałem. Robił do genialnie i już po kilku latach o jego fortunie mówiło się w miasteczku z takim samym szacunkiem jak o majątku młynarzy Wiechertów. Śliczną kamienicę przy ulicy Paderewskiego z wykuszem, oknami i bramą osadzoną w pięknie ukształtowanych opaskach neobarokowych kupił od jakiegoś nieszczęśnika, który zbankrutował po jej wybudowaniu. Tu w przekazie rodzinnym jest sporo przesady. Kamieniczka została zbudowana pod koniec XIX wieku, a bracia Gussmannowie przyjechali na podbój Starogardu około 1920 roku. Możliwe, że właściciel kamieniczki zbankrutował z innego powodu. Oprócz tej nieruchomości Franciszek Gussmann posiadał w Starogardzie jeszcze kilka domów, ale kupił je znacznie później, przed wybuchem II wojny światowej, kiedy przestraszeni sytuacją polityczną Polacy wyzbywali się nieruchomości za niskie pieniądze i wyjeżdżali do centralnej Polski.

Franciszek wojny się nie obawiał, a sądząc po niektórych posunięciach można nawet przypuszczać, że z wybuchem wojny wiązał nadzieję zwielokrotnienia swojej fortuny. Tuż przed wybuchem wojny kupił dwa składy wagonów skór z przeznaczeniem na cele wojskowe. Niektórzy jednak twierdzą, że te dwa składy sprowadził znacznie wcześniej, dwa lata przed wybuchem wojny i że dzięki temu przez dwa lata pracowała znajdująca się w kiepskiej kondycji Starogardzka Fabryka Obuwia. Franciszek kupił też dla prestiżu i biznesu kamienicę na Rynku.

Czasy powojenne

Tu już po wojnie jego żona Franciszka przez długi czas sprzedawała porcelanę, następnie mieścił się „Pomozbyt”, a po 90. roku sklep z obuwiem, dziś “Dziesiątka”. To obok “Edenu”, który wygrał kilka konkursów na najładniejszą wystawę w mieście. Dwa domy kupił przy ulicy Chojnickiej. Po wojnie mieściły się tam „monopolowy” i apteka. Są połączone ze sobą i wydaje się, że to jeden dom. Muszę określić datę ślubu Franciszka ze Stefanią Cesarz, podobno z arystokratycznej rodziny. Cesarze mieszkali przy ulicy Kościuszki i ulicy Chojnickiej, byli zwykłymi ludźmi. Coś jednak w tej opowieści o szlachetnym pochodzeniu jest na rzeczy. Drzewo genealogiczne Stefanii budzi szacunek. Niech będzie, arystokratka, hrabianka wyszła za kupca o wiejskim pochodzeniu. Później opowiadała, że w eleganckim samochodzie i w cylindrze wyglądał „odpowiednio”. Franciszek wtedy był jeszcze postawnym kawalerem i mogła powiedzieć, że olśniewająco albo bardzo interesująco. Odpowiednio to dość skromnie, chyba że żartowała.

“Oryginalne” maniery Franciszka

Co innego maniery. O manierach Franciszka plotkowało całe miasteczko. Przy takiej fortunie każde dziwne zachowanie jest ekspresją ekscentryka. Fotograf pstryknął, błysk światła, trochę dymu, trochę zamieszania i są – dzisiaj na zbrązowiałym zdjęciu, wielki Franciszek i piękna Stefania. Tylko że ja nie mam tego fotografii. Czy ja je w ogóle miałem, czy sobie je wyobraziłem? Dziwne to było małżeństwo. Niektórzy opowiadali, że arystokratyczne pochodzenie Stefanii nie jest wiarygodne, inni byli w stanie zaświadczyć, że panienka Stefania była piękną i elegancką kobietą o arystokratycznych manierach. Franciszek maniery miał koszmarne, choć przez niektórych uważane za sympatycznie oryginalne. Przy jedzeniu kaszlał, siorbał, „nie czaił się”, jak później opowiadali jego potomkowie. Był tak bogaty, że nie musiał przejmować się opinią publiczną.

Często przechadzał się po Rynku z założonymi z tyłu rękoma, z wypiętym pokaźnym już po ślubie brzuchem i sobie najzwyczajniej w świecie gwizdał. Tym gwizdem wyrażał pełne zadowolenie z życia. Nie lubił mówić, o sobie w ogóle nie opowiadał, a jeżeli raczył już z kimś rozmawiać, to wyłącznie o polityce. W domu również gwizdał, oprócz tego notorycznie pukał palcami o blat stołu. Bębnił. No i oczywiście kalkulował. Nadmienić tu koniecznie trzeba, że pomimo ukończonych jedynie siedmiu klas szkoły powszechnej potrafił niewiarygodnie prędko mnożyć, pierwiastkować i sumować bez jakichkolwiek urządzeń wspomagających liczenie.

Sposób bycia Franciszka przyczynił się do powstania powiedzenia: „Jeśli szukasz Franciszka, nie pytaj, a posłuchaj pod oknem jakiejś restauracji”.

Starogardzkie Dodżki

Stefania i Franciszek uwielbiali samochody, w szczególności własnego dodżka (dodge). Dwa były dożdżki w Starogardzie, Gussmannów i Wiechertów. Samochód ten miał trzy rzędy siedzeń i specjalne miejsce na rower. Stefania często przyjeżdżała do “Strzelnicy” samochodem, zdejmowała rower, siadała na siodełko i na ogół w towarzystwie jakiegoś konnego oficera szwoleżerów spokojnie pedałowała po malowniczych ścieżkach otaczających ekskluzywny lokal. Franciszek również lubił przejażdżki, na ogół do Zblewa, gdzie bardzo często przystawały cygańskie tabory. Podobały mu się ogniste Cyganki w tańcu. Do samochodu na stałe przypisany był szofer, który oprócz funkcji kierowcy pełnił mnóstwo innych ról. Prowadził wóz, gdy Franciszek był trzeźwy, a gdy sobie wypił, kładł się czym prędzej do tyłu pomiędzy rzędami siedzeń.

Franciszek uwielbiał szybką jazdę, a jego ulubionym powiedzeniem w momencie przydepnięcia pedału gazu było “ino dur”. Biedny kierowca pełnił też rolę blacharza klepiącego powyginane zderzaki. Pewnego razu udało mu się przejechać trasę Gdańsk – Starogard przez 40 minut z odprawa celną na granicy Wolnego Miasta Gdańsk z II Rzeczpospolitą w Gołębiewie.

Stefania – pierwsza Starogardzianka

Stefania jako pierwsza starogardzianka otrzymała prawo jazdy. Niektórzy pamiętają drobne zabawne zdarzenie. Wyprowadzając z bramy wóz najechała na Żyda ciągnącego kram ze słodyczami. Jej mąż od ręki zapłacił poszkodowanemu za urazy cielesne, kram i porozrzucane na ulicy lizaki i cukierki, które bardzo chętnie pozbierała dziecięca gawiedź. Franciszek uwielbiał numery. Pewnego razu ubrał kolegów syna w oryginalne mundury szwoleżerów w stopniu szeregowca, syna zaś mianował kapitanem. Syn do szkoły oddalonej od ulicy Paderewskiego ze 300 metrów był regularnie dowożony dodżkiem. Franciszek i Stefania często wynajmowali salę w hotelu „Vorbach” i organizowali przyjęcia, o których niewiele jest wiadomo. Przed wybuchem wojny, możliwe nawet że już po 1 września (tu relacje są rozbieżne) kolega Franciszka, Niemiec, ostrzegł go i doradził mu, żeby uciekał jak najdalej od Starogardu.

Jestem Polakiem

Franciszek Gussmann czuł się Polakiem, choć liczył w głowie po niemiecku i miał niemieckie nazwisko. Przynależność do Polskiego Związku Zachodniego kwalifikowała go do obozu koncentracyjnego. Był na liście poszukiwanych. Uciekł do Warszawy. Stefania została w Starogardzie i chociaż podpisała listę, należała do organizacji i uratowała wiele osób pracując w niemieckim urzędzie. Nic o tej jej tajnej działalności nie wiadomo, ale na ty przecież polega konspiracja.

W stolicy Franciszek Gussmann zgodnie ze swoją naturą od razu rozkręcił interes i zgromadził sporo walorów. W czasie powstania warszawskiego musiał część porzucić, wziąć tyle, ile mógł udźwignąć i zszedł do kanałów. Brodząc w ciemności i cuchnących ściekach modlił się na cały głos i przyrzekał sobie i Panu Bogu, że jeżeli uda mu się wyjść, to codziennie będzie chodził modlić się w kościele.

Boskie przyrzeczenie

Przeżył i zgodnie z tamtym przyrzeczeniem chodził, chociaż kościoła zarówno jako instytucji i jako miejsc nigdy nie darzył wielką sympatią. Do Starogardu przyjechał wojenną okazją, radzieckim czołgiem. Na końcu podróży Rosjanie odebrali mu resztki walorów przeniesionych z trudem w kanałach.

W Starogardzie prędko odbudował dawną fortunę, ale sytuacja zaczęła się pogarszać. Trudno wyobrazić sobie Franciszka Gussmanna, kpiarza, ironistę, wolnego człowieka biznesu maszerującego w 1-majowym pochodzie. Ktoś o takim charakterze nigdy nie zaakceptowałby totalitarnego systemu.

Podczas jednego z pochodu usłyszał z megafonów, że on, Franciszek Gusssmann wspaniałomyślnie przekazał Ludowemu Państwu swój samochód. I tu gromkie brawa. Często spotykał się z Janem w willi przy ulicy Lubichowskiej. Bracia zamykali drzwi i zaczynali wielogodzinny dyskurs na temat sytuacji w kraju. Reszta rodziny pokładała się ze śmiechu, podsłuchując pod drzwiami. Mimo trudnych czasów, jakie nastały, obaj nie stracili dobrego humoru, radości z życia i nadziei.

tekst i zdjęcia : Tadeusz Majewski

REKLAMA