Klonówka

Dariusz Syrkowski

Odwiedzin

Profesor z Kociewia. O sztuce, miejscu i czasie

Dorastałem między Rokocinem a Starogardem, w czasach, gdy świat był prostszy, a każdy dzień niósł coś nowego. Dziś, po latach, patrząc na moje obrazy, widzę w nich drogę — od pierwszych rysunków w szpitalnej sali dziecięcej po nocne malowanie w mojej pracowni w Klonówce. To opowieść o poszukiwaniu własnego miejsca, języka i światła.

Dzieciństwo w Rokocinie

Moje dzieciństwo kojarzy mi się przede wszystkim z Rokocinem. Rodzice przywieźli mnie tam, gdy miałem cztery lata. To był inny świat — bez świateł ulicznych, za to z przestrzenią, naturą i ciszą, którą pamiętam do dziś. Wieczorami psy szczekały w oddali, a dni spędzaliśmy na zabawach na Berlince. Samochód przejeżdżał raz na dwie godziny, więc całe drogi należały do dzieci.

Przeprowadzka do Starogardu była jak przeskok do innej rzeczywistości — latarnie, neony, ruch. Ale to właśnie tam wydarzyło się coś ważnego. W trakcie pobytu w szpitalu dziecięcym poznałem dziewczynkę z kredkami. Rysowaliśmy razem na łóżkach, pożyczając sobie kartki. To spotkanie zapamiętałem na całe życie — to wtedy po raz pierwszy poczułem radość tworzenia.

Rodzinne wzorce i pierwsze prace

W mojej rodzinie zawsze obecna była wrażliwość na formę i ręczne rzemiosło. Dziadek grał na skrzypcach, ojciec był szkutnikiem — potrafił tworzyć z drewna rzeczy piękne i trwałe. W tamtych czasach wszystko robiło się ręcznie, z uważnością, której dziś często brakuje.

Jedną z pierwszych moich poważniejszych prac była wykonana ze styropianu w harcerskich czasach mapa Związku Radzieckiego. Wtedy to była po prostu praca konkursowa. Dziś widzę w tym symbol — związek i mapa rozsypały się później dokładnie tak samo.

Szkoła, która otworzyła oczy

Po podstawówce dostałem się do Liceum Plastycznego w Gdyni Orłowie. Myślałem, że to szkoła bez matematyki — okazało się, że jest to normalny ogólniak, dodatkowo z przedmiotami artystycznymi. To był dla mnie przełom. Po raz pierwszy trafiłem w środowisko ludzi, którzy patrzyli na świat podobnie.

Potem przyszła Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku. To miejsce miało wyjątkową atmosferę — spotkałem tam ludzi, którzy ukształtowali mnie jako artystę i człowieka. Dyplom robiłem w pracowni prof. Mieczysława Mieto Olszewskiego, z którym do dziś łączą mnie przyjacielskie relacje.

Po latach wróciłem na uczelnię już jako wykładowca. Od trzydziestu lat prowadzę pracownię rysunku i malarstwa. To dla mnie nie tylko praca, ale też sposób, by przekazać młodym ludziom to, co sam kiedyś dostałem.

Klonówka — moje miejsce

Z Klonówką jestem związany od młodości. Jako czternastolatek rysowałem kościół przez okno domu wujostwa. Po latach kupiłem kawałek rodzinnej ziemi i powoli oswajałem to miejsce. Dziś to mój dom, pracownia i przestrzeń, w której czuję się najlepiej.

Mam tu swój rytm. Patrzę na wschody i zachody słońca, obserwuję zmiany światła i pór roku. Ostatnio odkryłem nocne malowanie przy blasku księżyca. Malując po ciemku, przestałem skupiać się na szczegółach, a zacząłem bardziej ufać własnej intuicji.

Styl, który dojrzewa razem ze mną

Mój styl zmieniał się przez lata. Miałem okresy fascynacji konstrukcjami, grafiką, teraz pejzażem. Maluję głównie olejami, często szpachelką, bo lubię fakturę i materialność obrazu.

Inspiruję się tym, co mam wokół — krajobrazem, światłem, codziennością. Nie szukam tematów daleko. Kociewie samo wchodzi w obrazy, nawet gdy tego nie planuję. To mój naturalny punkt odniesienia.

Praca twórcza i nocne sesje

Nie mam sztywnego harmonogramu. Kiedy trafia się czas bez rozproszeń, potrafię malować od świtu do nocy, a czasem i przez noc. Obserwuję naturę — fazy księżyca, kąt padania światła. Te rzeczy mają dla mnie ogromne znaczenie.

Najwięcej satysfakcji daje mi moment, gdy obraz jest skończony i wiem, że powiedział to, co miał powiedzieć. Maluję szybko, z impetem — nie rozciągam pracy w czasie. Obraz musi mieć w sobie świeżość.

Ważne dzieła i cykle

W mojej twórczości ważne miejsce zajmują cykle: konstrukcji, grafik z motywem koszyka do kartofli, a także monumentalna panorama „Pejzaż ludzki” — 75 metrów długości i 2,5 metra wysokości, malowana przez trzy lata.

Szczególną pracą jest też rzeźba Jana Pawła II w Starogardzie Gdańskim. Projekt dojrzewał przez szesnaście lat, ale dzięki zaangażowaniu wielu osób udało się go zrealizować w brązie. Dziś stoi w ważnym miejscu miasta — i wiem, że zostanie tam na długo. Mnie na pamiątkę zostało ” kopyto” czyli matryca, z której odlano posąg. Do dziś stoi opierając się o ścianę mojej pracowni.

Kociewie w sercu i w pracy

Choć bywam na wystawach w Polsce i za granicą, źródła inspiracji wciąż szukam tutaj — na Kociewiu. Przez lata zachęcałem młodych ludzi z regionu, by podążali drogą artystyczną. Wielu z nich trafiło na studia, przyszli do mnie po pierwsze wskazówki i wsparcie. Uważam, że jeśli możesz przekazać coś dalej, powinieneś to robić.

Wciąż w drodze

Po setkach namalowanych pejzaży czuję, że wciąż nie powiedziałem ostatniego słowa. Tworzenie daje mi niedosyt, który napędza do dalszej pracy. Mam projekty i marzenia — niektóre wymagają więcej przestrzeni i środków, ale wiem, że to proces.

Najważniejsze są marzenia. Talent to tylko początek — reszta to praca, cierpliwość i wiara, że warto szukać dalej.

Pamięć i obrazy

Nie wiem, co zostanie po mnie za wiele lat. Na pewno obrazy. Może ktoś kiedyś stanie przed jednym z nich i przez chwilę zobaczy ten sam pejzaż, to samo światło, które ja widziałem. Jeśli tak będzie — to znaczy, że ta droga miała sens.