Dorastałem między Rokocinem a Starogardem, w czasach, gdy świat był prostszy, a każdy dzień niósł coś nowego. Dziś, po latach, patrząc na moje obrazy, widzę w nich drogę — od pierwszych rysunków w szpitalnej sali dziecięcej po nocne malowanie w mojej pracowni w Klonówce. To opowieść o poszukiwaniu własnego miejsca, języka i światła.


Moje dzieciństwo kojarzy mi się przede wszystkim z Rokocinem. Rodzice przywieźli mnie tam, gdy miałem cztery lata. To był inny świat — bez świateł ulicznych, za to z przestrzenią, naturą i ciszą, którą pamiętam do dziś. Wieczorami psy szczekały w oddali, a dni spędzaliśmy na zabawach na Berlince. Samochód przejeżdżał raz na dwie godziny, więc całe drogi należały do dzieci.
Przeprowadzka do Starogardu była jak przeskok do innej rzeczywistości — latarnie, neony, ruch. Ale to właśnie tam wydarzyło się coś ważnego. W trakcie pobytu w szpitalu dziecięcym poznałem dziewczynkę z kredkami. Rysowaliśmy razem na łóżkach, pożyczając sobie kartki. To spotkanie zapamiętałem na całe życie — to wtedy po raz pierwszy poczułem radość tworzenia.


W mojej rodzinie zawsze obecna była wrażliwość na formę i ręczne rzemiosło. Dziadek grał na skrzypcach, ojciec był szkutnikiem — potrafił tworzyć z drewna rzeczy piękne i trwałe. W tamtych czasach wszystko robiło się ręcznie, z uważnością, której dziś często brakuje.
Jedną z pierwszych moich poważniejszych prac była wykonana ze styropianu w harcerskich czasach mapa Związku Radzieckiego. Wtedy to była po prostu praca konkursowa. Dziś widzę w tym symbol — związek i mapa rozsypały się później dokładnie tak samo.
Po podstawówce dostałem się do Liceum Plastycznego w Gdyni Orłowie. Myślałem, że to szkoła bez matematyki — okazało się, że jest to normalny ogólniak, dodatkowo z przedmiotami artystycznymi. To był dla mnie przełom. Po raz pierwszy trafiłem w środowisko ludzi, którzy patrzyli na świat podobnie.
Potem przyszła Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku. To miejsce miało wyjątkową atmosferę — spotkałem tam ludzi, którzy ukształtowali mnie jako artystę i człowieka. Dyplom robiłem w pracowni prof. Mieczysława Mieto Olszewskiego, z którym do dziś łączą mnie przyjacielskie relacje.
Po latach wróciłem na uczelnię już jako wykładowca. Od trzydziestu lat prowadzę pracownię rysunku i malarstwa. To dla mnie nie tylko praca, ale też sposób, by przekazać młodym ludziom to, co sam kiedyś dostałem.


Z Klonówką jestem związany od młodości. Jako czternastolatek rysowałem kościół przez okno domu wujostwa. Po latach kupiłem kawałek rodzinnej ziemi i powoli oswajałem to miejsce. Dziś to mój dom, pracownia i przestrzeń, w której czuję się najlepiej.
Mam tu swój rytm. Patrzę na wschody i zachody słońca, obserwuję zmiany światła i pór roku. Ostatnio odkryłem nocne malowanie przy blasku księżyca. Malując po ciemku, przestałem skupiać się na szczegółach, a zacząłem bardziej ufać własnej intuicji.


Mój styl zmieniał się przez lata. Miałem okresy fascynacji konstrukcjami, grafiką, teraz pejzażem. Maluję głównie olejami, często szpachelką, bo lubię fakturę i materialność obrazu.


Inspiruję się tym, co mam wokół — krajobrazem, światłem, codziennością. Nie szukam tematów daleko. Kociewie samo wchodzi w obrazy, nawet gdy tego nie planuję. To mój naturalny punkt odniesienia.


Nie mam sztywnego harmonogramu. Kiedy trafia się czas bez rozproszeń, potrafię malować od świtu do nocy, a czasem i przez noc. Obserwuję naturę — fazy księżyca, kąt padania światła. Te rzeczy mają dla mnie ogromne znaczenie.
Najwięcej satysfakcji daje mi moment, gdy obraz jest skończony i wiem, że powiedział to, co miał powiedzieć. Maluję szybko, z impetem — nie rozciągam pracy w czasie. Obraz musi mieć w sobie świeżość.


W mojej twórczości ważne miejsce zajmują cykle: konstrukcji, grafik z motywem koszyka do kartofli, a także monumentalna panorama „Pejzaż ludzki” — 75 metrów długości i 2,5 metra wysokości, malowana przez trzy lata.
Szczególną pracą jest też rzeźba Jana Pawła II w Starogardzie Gdańskim. Projekt dojrzewał przez szesnaście lat, ale dzięki zaangażowaniu wielu osób udało się go zrealizować w brązie. Dziś stoi w ważnym miejscu miasta — i wiem, że zostanie tam na długo. Mnie na pamiątkę zostało ” kopyto” czyli matryca, z której odlano posąg. Do dziś stoi opierając się o ścianę mojej pracowni.




Choć bywam na wystawach w Polsce i za granicą, źródła inspiracji wciąż szukam tutaj — na Kociewiu. Przez lata zachęcałem młodych ludzi z regionu, by podążali drogą artystyczną. Wielu z nich trafiło na studia, przyszli do mnie po pierwsze wskazówki i wsparcie. Uważam, że jeśli możesz przekazać coś dalej, powinieneś to robić.


Po setkach namalowanych pejzaży czuję, że wciąż nie powiedziałem ostatniego słowa. Tworzenie daje mi niedosyt, który napędza do dalszej pracy. Mam projekty i marzenia — niektóre wymagają więcej przestrzeni i środków, ale wiem, że to proces.
Najważniejsze są marzenia. Talent to tylko początek — reszta to praca, cierpliwość i wiara, że warto szukać dalej.


Nie wiem, co zostanie po mnie za wiele lat. Na pewno obrazy. Może ktoś kiedyś stanie przed jednym z nich i przez chwilę zobaczy ten sam pejzaż, to samo światło, które ja widziałem. Jeśli tak będzie — to znaczy, że ta droga miała sens.